„Ciepłe i Puchate” na co dzień i od święta ;)

      Magiczne święta Bożego Narodzenia dla wielu z nas są tak naprawdę czasem trudnych, najbardziej wymagających dni w roku. Wielu z nas spędza je z rodziną. Często są to osoby, z którymi widujemy się bardzo rzadko. Pomimo, że to rodzina, czasami trudno jest wytrzymać razem przy stole choćby kilka godzin. Są też tacy ludzie, którzy spędzają święta samotnie – za karę, z powodów losowych i życiowych lub nawet z własnego wyboru. Niezależnie gdzie, z kim i jak spędzamy Boże Narodzenie, wszystkich nas łączy jedno – te święta bardzo wyraźnie odsłaniają nam prawdę o naszych relacjach z innymi i z samymi sobą. Jeśli pokazują, że nasze potrzeby są spełnione, bo czujemy się dobrze, szczęśliwie, to mogę tylko pogratulować i życzyć kontynuacji w każdym dniu nadchodzącego Nowego Roku! Jeśli jednak czujemy jakiekolwiek inne negatywne emocje, nie możemy doczekać się końca tych świąt i powrotu do swojej codzienności wypełnionej pracą, różnymi zadaniami, pochłaniaczami czasu oraz mnóstwem powierzchownych relacji, zapraszam do refleksji i podjęcia decyzji o zmianie tego stanu rzeczy. Z pomocą mogą przyjść pytania: „Co czujesz? Irytację, napięcie, niecierpliwość, złość, tęsknotę, frustrację, żal, pretensje, smutek? Co Ci to mówi? Co chcesz w zamian? Jak możesz to osiągnąć?” Pamiętaj, Twoje emocje i uczucia są Twoimi drogowskazami. Nie lekceważ ich! Nie na wszystko mamy wpływ, ale warto podejmować się tego, na co możemy go jednak mieć

      Kilka lat temu, na pewnym wigilijnym spotkaniu, usłyszałam „Bajkę o Ciepłym i Puchatym”. Jest to opowieść o tym, jaki mamy wpływ na relacje i jakość naszego życia. Chętnie się z Wami nią podzielę. Weźcie sobie z niej to, czego potrzebujecie i na co w tej chwili jesteście gotowi…

     ”W pewnym mieście wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Każdy z jego mieszkańców, kiedy się urodził, dostawał woreczek z Ciepłym i Puchatym, które miało to do siebie, że im więcej rozdawało się go innym, tym więcej przybywało. Dlatego wszyscy swobodnie obdarowywali się nawzajem Ciepłym i Puchatym wiedząc, że nigdy go nie zabraknie. Matki dawały dzieciom. Żony i mężowie wręczali je sobie na powitanie po powrocie z pracy i przed snem. Nauczyciele rozdawali w szkole, sąsiedzi na ulicy i w sklepie, znajomi przy każdym spotkaniu. Nawet groźny szef w pracy nierzadko sięgał do swojego woreczka z Ciepłym i Puchatym. Nikt tam nie chorował i nie umierał, a szczęście i radość mieszkały we wszystkich rodzinach.
Pewnego dnia do miasta sprowadziła się zła czarownica, która żyła ze sprzedaży leków i zaklęć przeciw różnym chorobom i nieszczęściom. Szybko zrozumiała, że nic tu nie zarobi, jeśli nie zacznie działać. Poszła więc do jednej z kobiet i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio Ciepłym i Puchatym, bo się skończy, i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich. Kobieta schowała swój woreczek na dno szafy i do tego samego namówiła męża i dzieci. Stopniowo wiadomość rozeszła się po całym mieście. Ludzie poukrywali Ciepłe i Puchate gdzie kto mógł. Wkrótce zaczęły się tam szerzyć choroby i nieszczęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać.
Czarownica z początku cieszyła się bardzo! Drzwi jej domu na dalekim przedmieściu nie zamykały się. Lecz wkrótce wyszło na jaw, że jej specyfiki nie pomagają i ludzie przychodzili coraz rzadziej. Zaczęła więc sprzedawać Zimne i Kolczaste, co trochę pomagało, bo przecież był to – wprawdzie nie najlepszy – ale zawsze jakiś towar. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie nadal toczyło się wśród chorób i nieszczęść.
I byłoby tak może i do dziś, gdyby do miasta nie przyjechała pewna kobieta, która nie znała argumentów czarownicy. Zgodnie ze swoimi zwyczajami zaczęła całymi garściami obdzielać Ciepłym i Puchatym dzieci i sąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować – bali się, że będą musieli oddać. Ale kto by tam upilnował dzieci! Brały i cieszyły się, aż w końcu powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów jak dawniej zaczęły rozdawać!
Jeszcze nie wiemy, czym się skończyła ta bajka. Jak będzie dalej zależy od Ciebie.

      Magiczne święta Bożego Narodzenia dla wielu z nas są tak naprawdę sytuacją kryzysową. Zamiast udawać, że jest wspaniale, że świąt nie ma lub rozpaczać nad „rozlanym mlekiem”, warto ten czas wykorzystać konstruktywnie. Z dnia na dzień nie zmienimy swojej sytuacji, ale poza refleksją i podjęciem decyzji o działaniach zmieniających naszą przyszłość, możemy też dobrze wykorzystać to, co już mamy, tu i teraz. Niech więc magia świąt nie pozostanie tylko w wystrojach sklepów i ulic, w bogactwie ozdób choinkowych i prezentów, w pysznościach znikających podczas oglądania filmów o tym, jakie cuda spotykają ich bohaterów… Niech te cuda wydarzą się również Wam, w realnym życiu. Tylko nie bądźcie proszę zbyt wymagający! Cieszcie się nawet najmniejszymi cudami, tak jak każdą z osobna małą lampką na choince! Przecież każda z nich wspólnie dopiero tworzy efekt! Skupiajcie się na tym czego chcecie, a nie na tym, czego nie chcecie. Życzę Wam w te święta również przyjmowania od innych „całą/całym sobą” – słów, gestów, uścisków i prezentów. To największy prezent dla tych, którzy dają. Niech to poczują

Ciepłe i puchate dla wszystkich

*** Tekst ten powstał rok temu na potrzeby Magazynu NUMER. Opublikowany został w wydaniu grudniowym. Dotychczas był dostępny tylko dla czytelników tego Magazynu. Uzyskałam jednak zgodę na jego udostępnienie również czytelnikom mojego bloga. Równocześnie zapraszam do lektury tego Magazynu na stronę http://n1m.pl/ – naprawdę warto! Jest to miejsce dla Pasjonatów Życia. Autorzy pokazują wiele życiowych aspektów z innej perspektywy. Polecam!

WYLUZUJ TROCHĘ, A CZASAMI NAWET ODPUŚĆ – będziesz szczęśliwsza/-y ;)

      „Dystans”. Taki do siebie i do świata. Słowo powtarzane przez telefon o drugiej nad ranem zapłakanej przyjaciółce. Wypisywane na flipchartach w salkach szkoleniowych. Drukowane w co drugim poradniku. Wymieniane jako zaleta panów w ogłoszeniach matrymonialnych… Czym jest ten dystans? Jak się on tak naprawdę przejawia? Dlaczego jedni go mają, a inni nie i co z tego wynika?

      Moim osobistym zdaniem dystans ma wiele wspólnego ze słowami: „równowaga” oraz „panowanie”. Poprzez umiejętność spoglądania na samą/-samego siebie oraz na innych z perspektywy obserwatora, dajemy sobie prezent w postaci równowagi emocjonalnej, co przekłada się dalej na więcej wewnętrznego spokoju, luzu i ogólnego zadowolenia z życia. Dlaczego tak myślę? Bo zdrowy dystans według mnie to przejaw szacunku zarówno do siebie samej/-samego, jak i do różnorodności tego świata, do tego, że inni mogą i mają prawo mieć inne niż my zdanie. To również akceptacja wad i niedoskonałości tak swoich własnych, jak i innych ludzi. Szanując i akceptując w ten sposób, potrafimy też przyjmować oraz dawać innym krytykę w sposób budujący, a nie niszczący. To, że będę się denerwować, że ktoś żyje według innych niż ja wartości, ma inne poglądy na dany temat lub że będę cierpieć, bo ktoś powiedział lub zrobił coś, co nie spodobało mi się, ocenił mnie negatywnie bądź nie docenił – nie znaczy, że będę przez to szczęśliwsza/-y, lepsza/-y lub że świat stanie się lepszy… Stracę tylko zdrowie, humor, czas i energię, a „przeciwnik” i tak się nie zmieni tylko dlatego, że będę przeżywać, że nie jest tak, jakbym ja chciała/-chciał. Lepiej przejść obok, pójść dalej swoją drogą, wyciągnąć wnioski, a to co wartościowe wziąć po prostu ze sobą i spożytkować na coś naprawdę dobrego zarówno dla mnie, jak i dla świata. Bo przecież nasze zachowania i postawy wpływają tak naprawdę na wszystkich, którzy mają z nami kontakt. Jeśli u podstaw będzie leżeć ciągły ból, złość, nerwy, urazy lub ostra krytyka, na innych ludzi, w tym niewinnych danej sytuacji oraz nam bliskich, też będzie to wpływać. A po co?

      Jako Coach Pewności Siebie pójdę jeszcze dalej stwierdzając, że nieudawana, prawdziwa umiejętność dystansowania się świadczy o solidnie zbudowanym Poczuciu Własnej Wartości. Im to poczucie jest wyższe, tym łatwiej jest panować nad swoimi emocjami. Łatwiej jest szanować oraz akceptować siebie i innych, niezależnie od dzielących różnic. Im Poczucie Własnej Wartości jest niższe, tym większe są skłonności do cierpienia, przeżywania czegoś w sposób nieproporcjonalny do wagi tego, do zachowań atakujących, obraźliwych, przekraczających granice obu stron, czy nawet poniżających. Dystans do siebie i do innych to według mnie taki złoty środek Arystotelesa gwarantujący wzrost jakości życia i odczuwania wewnętrznego szczęścia. Nikt z nas nie jest przecież ani doskonały, ani nieomylny. Ale to nie znaczy, że nie możemy być zdrowi, kochani, akceptowani, spokojni lub spełnieni. Wystarczy trochę wyluzować, a czasami nawet odpuścić… Co o tym myślicie?

Tekst na bloga o DYSTANSIE

Naukowe ciekawostki OPTYMISTYCZNIE nastrajające ;)

      Na potrzeby „Projektu Singielka”, w którym prowadzę moduły poświęcone tematyce Pewności Siebie (jednym z filarów Pewności Siebie jest Pozytywne Nastawienie), znalazłam parę naukowych ciekawostek dotyczących Optymizmu. O jednej z nich pisałam już rok temu. Ponieważ najbardziej się spodobała i przemówiła do Singielek, postanowiłam ją przypomnieć również Wam, moim Czytelniczkom i Czytelnikom. Zapraszam więc do mojego archiwalnego tekstu: http://moje-dziewieciotysieczniki.blog.pl/2015/09/03/jestes-gwiazda-nabiera-nowego-znaczenia/

      O pozostałych ciekawostkach nigdy wcześniej nie pisałam. Ale może któraś z nich choć przez chwilę zapali w Was światełko Optymizmu? Może choć o milimetr podniesie poziom Waszej wiary w siebie, bo przecież mamy w sobie „materiały” służące pozytywnemu zarządzaniu własnym życiem? A może po prostu wzbogacicie się o dodatkową wiedzę? Zapraszam więc do lektury! ;)

PRZETRWALI NAJOPTYMISTYCZNIEJSI !!!

      Tak jak plemnik, który wbrew wszelkim przeciwieństwom zapładnia komórkę jajową, jest wyjątkowy, bo wygrywa z wieluset milionami innych, tak i zdolność do myślenia w optymistyczny sposób powstała w wyniku selekcji naturalnej naszego gatunku… Kanadyjski naukowiec Lion Tiger w książce „Optymism, Biology of Hope” napisał, że nie przetrwalibyśmy jako pesymiści. „Ludzie realistycznie bądź pesymistycznie spoglądający w swoją przyszłość i nieuchronność, niebezpieczeństwa choroby i śmierci nie byli zmotywowani do czynienia rzeczy potrzebnych do przetrwania. Natomiast optymistycznie nastawieni byli motywowani do walki o przetrwanie, ponieważ wierzyli, że wszystko się dla nich dobrze skończy”

GEN WOJOWNICZKI

      Zarówno optymizm, jak i pesymizm są uwarunkowane genetycznie. Kilka lat temu naukowcy odkryli, że niska ekspresja genu stymulującego poziom MAO-A, czyli monoaminooksydazy – enzymu zlokalizowanego w tkance nerwowej, wiąże się z wyższym poziomem optymizmu i zadowolenia z życia. Enzym ten rozkładając serotoninę, adrenalinę i noradrenalinę, działa niczym lek przeciwdepresyjny, co przekłada się również na poprawę nastroju. I zdarza się to tylko u kobiet! To było bardzo zaskakujące odkrycie, gdyż gen ten związany jest również z alkoholizmem, agresją i zachowaniami antyspołecznymi. Uchodzi za „gen wojownika”, ale u kobiet pokazuje on swoją lepszą stronę i zmienia się w gen optymizmu :)

Gen Wojowniczki

      Oczywiście to nie oznacza, że optymizm zależy tylko od genów. Optymizmu można się nauczyć, bo przecież oprócz predyspozycji genetycznych, mamy do czynienia z tzw. obróbką rzeczywistości, czyli tym, jak ją postrzegamy. I na pewno można się nauczyć interpretować rzeczywistość w sposób bardziej optymistyczny. Jak tego dokonać? Jednym ze sposobów uczenia się optymizmu jest coaching, na który oczywiście zapraszam! (gosha.lifecoach@gmail.com, tel. 609 995 441)

*** Do powyższego tekstu zainspirował mnie artykuł K. Romanowskiej pt. „Jak zostać optymistą”, który ukazał się w „Magazynie Coaching” nr 4/2014 (25) lipiec-sierpień.

Mój kolejny 9-tysięcznik -> 38 PZU Maraton Warszawski

     Mam takie marzenie, w realizację którego wierzyłam rok i dwa lata temu, ale datę wciąż przesuwałam. Później zaczęłam o nim tylko bezterminowo wspominać. Dziś postanowiłam do niego wrócić. 25 września br. pobiegnę w 38 PZU Maratonie Warszawskim i pokonam dystans 42.195 km. 

      W moim życiu znów nastąpiły poważne zmiany. Poza tymi, do których sama dążyłam, pojawiły się również i takie niechciane oraz trudne dla mnie do zaakceptowania. Dlatego właśnie teraz przyszedł odpowiedni czas na „nowe-stare” wyzwanie. Przygotowanie do maratonu wymaga zaangażowania, a więc częściowo odwróci też moją uwagę od tego, co już się stało i się nie odstanie, na co nie mogę już w żaden sposób wpłynąć lub nawet nie chcę, ale na razie nie umiem się z tym pogodzić. Poza tym, gdy zmian jest zbyt wiele dla naszych umiejętności akomodacyjnych, dobrze jest dla równowagi znaleźć sobie coś stałego i pewnego, zależnego właśnie tylko od nas samych. Dodatkowo, gdy poziom stresu sięga sufitu, dobrze jest znaleźć sposób na skuteczne jego obniżanie. Jeśli jeszcze wartością dodaną jest spełnienie swojej dawnej ambicji, to już w ogóle wątpliwości nie ma, że przyszedł odpowiedni czas na przekucie tego w realny cel. :)

      Mimo wszystko boję się. Nie jestem silną kobietą. Mam też już swoje lata i na plecach skoliozę. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie wszyscy wiedzą, a nawet jeśli wiedzą to zapominają, że jestem osobą, która w wieku 13 i 19 lat przeszła poważne operacje kręgosłupa. Ich celem było wyprostowanie w najbardziej możliwy sposób zaawansowanej już skoliozy oraz zapobiegnięcie dalszemu jej postępowi. Udało się, żyję normalnie, do tego jestem aktywna fizycznie, choć seksownego kociego grzbietu nie wygnę. ;) Sukienki z odkrytymi plecami też nie założę, bo przez całe moje plecy przebiega szrama. Ale co najważniejsze akurat przy bieganiu, nie mam w pełni prostego kręgosłupa, a bieganie jednak go obciąża. Postaram się wzmocnić mięśnie pleców, co jest podstawą przy tego typu problemach, jednak nie wiem czy to wystarczy…

     Dlaczego o tym piszę? Bo większości osób wydaje się, że jeśli ktoś realizował już w swoim życiu ponadprzeciętne postanowienia, do tego jest coachem, nie powinien mieć żadnych trudności. Po prostu podejmuje decyzję i bach, realizuje ją! Ma doświadczenie i wiedzę, jest wyćwiczony w realizacji celów, a dzięki swoim dotychczasowym osiągnięciom ma również większą wiarę w siebie w porównaniu z osobami, które takich osiągnięć jeszcze nie miały. Może rzeczywiście ma trochę łatwiej – bo wie jak przebiega proces realizacji celu:

  • wie, że kryzysy i spadki motywacji każdego dopadają, ale i mijają;
  • wie co robić, aby wytrwać w konsekwentnych działaniach;
  • wie, że spotkane przeszkody zewnętrzne i blokady wewnętrzne to normalne zjawiska;
  • że porażki są lekcjami prowadzącymi do sukcesu, a nie przegranymi świadczącymi o nas;
  • że podjęcie się realizacji danego celu wiąże się z różnymi zmianami i nawet, jeśli świadomie zaczynamy od zmian w zakresie tylko jednej sfery, to zawsze wpłynie to również na inne sfery życia…

     Ale wiedza wiedzą, a tak naprawdę każde nowe wyzwanie, zawsze dla każdego, pozostanie nowym wyzwaniem… To zawsze wymaga pracy, nowych umiejętności, wychodzenia ze swojej strefy komfortu (nieważne ile razy dotychczas poszerzanej), zderzania się znów z nowymi sytuacjami, swoimi wadami, słabościami i niepewnością wyniku końcowego. Błędem jest zakładanie, że jeśli ktoś, kto raz wszedł na Everest, nie będzie przeżywać jakichkolwiek trudności podczas innej wyprawy, na inną górę lub nawet na tę samą, i że na pewno znów wszystko mu „się uda”. Oczywiście będzie mu łatwiej niż komuś zupełnie niedoświadczonemu, ale to nie znaczy, że ta osoba nie potrzebuje wsparcia, rady czy zwykłej, ludzkiej przyjaźni. Ale wiem, że tak ludzie myślą. Kiedyś też takimi kategoriami oceniałam… Dopiero będąc po drugiej stronie lustra zobaczyłam, że jest inaczej. Skoro byłam np. na 5-tysięczniku, nie powinnam mieć jakichkolwiek problemów z zimowym wejściem na Babią Górę, a już na pewno nie powinnam przyjmować od kogokolwiek pomocy w postaci podanej ręki przy schodzeniu na jakimś śliskim odcinku… By the way – mimo, że weszłam na 5-tysięcznik, mój organizm ma doświadczenie z dużym wysiłkiem fizycznym dzięki górom, niegdyś treningom kung-fu oraz wielogodzinnej rehabilitacji i jestem coachem, przygotowanie się oraz przebiegnięcie maratonu jest dla mnie dużym wyzwaniem. Trzymajcie kciuki!

„Moje Dziewięciotysięczniki” – autorski projekt 2016 ;)

      Niektórzy z Was wiedzą, że we wrześniu 2012 zrealizowałam swoje marzenie i weszłam na 5-tysięcznik. Niektórzy z Was wiedzą również, że na takie góry wchodzi się w butach trekkingowych oraz w rakach. Na wyższe szczyty potrzeba jeszcze bardziej specjalistycznych butów – używane są skorupy oraz buty dwuczęściowe, składające się z butów zewnętrznych i termicznych botków. Ale na „te” szczyty wchodzi się w butach na obcasach 9 – 12 cm. Jeśli jest się oczywiście kobietą metr sześćdziesiąt, która dotychczas takich obcasów unikała – bo niewygodnie, bo to zwraca na siebie uwagę, bo jej tryb życia tego nie wymagał, bo nie czuła się w nich tak naprawdę sobą…  Ale jakiś czas temu założyła je i choć nie od razu, to jednak zaczęła czuć się w nich sobą – dobrze i naturalnie. *

      No właśnie – wszyscy uważają, że najwyższą górą świata jest Mt. Everest, liczący 8848 m n.p.m. Wszyscy też myślą, że Korona Himalajów i Karakorum, czyli 14-cie ośmiotysięczników, to w ogóle najwyższe góry świata. Ale to nieprawda. Są jeszcze dziewięciotysięczniki ;-) Wchodzą one w skład łańcucha górskiego o nazwie „Pewność Siebie” (Samoświadomość, Samoakceptacja, Docenianie Siebie, Wiara w Siebie, Poczucie Własnej Wartości, Zaufanie do Siebie, Odpowiedzialność za Własne Życie oraz Pozytywne Nastawienie). Gdy wszystkie je poznasz podejmując przynajmniej próby ich osiągnięcia (nie od razu i nie każdy wierzchołek takiego szczytu się zdobywa, ale zawsze otrzymuje się wartościową lekcję wiele zmieniającą), a niektóre z nich zdobędziesz jak legendarny bohater – bez dróg na skróty, nawet bez docierania kolejką lub helikopterem do wysokości to umożliwiającej, na własnych nogach od samego podnóża, bez uwieszania się też na kimś silniejszym – Twoje życie już nigdy nie będzie takie samo jak wcześniej…

     zdj. mojego autorstwa, w drodze do II obozu na Araracie, wrzesień 2012

      Skąd to wiem? Niestety z własnego doświadczenia. Ponieważ sama borykałam się z nieadekwatnie niskim poczuciem pewności siebie i jego konsekwencjami, oraz wiem jak bardzo świadoma praca włożona w zmianę tego stanu rzeczy zmienia całe życie na każdym polu… Życie z niskim (również udawanym) poczuciem pewności siebie kosztuje dużo straconego czasu, pieniędzy i energii, które można byłoby pożytkować w zamian na wykorzystywanie własnego potencjału, na realizację marzeń, na szczęśliwe życie… A życie to ciągłe zmiany. Jedne są narzucone, inne można kreować samemu. Ale i jedne, i drugie wymagają działań, do których potrzebne jest zaufanie do samej/go siebie i swoich możliwości, odwaga oraz wspierające, realistyczne przekonania na własny temat. Zatem od tego jaka jest nasza pewność siebie, zależy jakość naszych działań, ich skuteczność, a co za tym idzie – jakość naszego życia.

      Jako life coach, pasjonatka gór oraz osoba z realnym doświadczaniem ww. kwestii, stałam się więc przewodnikiem po tych właśnie dziewięciotysięcznikach. Temat jest bardzo obszerny i złożony. Dotyka każdej sfery życia. Okazjonalnie lub na co dzień. Przybiera różne oblicza, o różnym nasileniu. W każdym wieku. Różną cenę kosztuje. Ale mam też dobrą wiadomość! Niektóre szczyty już dawno zdobyłaś/eś! Bo pomogła w tym rodzina, przyjaciele, środowisko, samo życie swoim naturalnym biegiem i po prostu Ty sama/sam! Na inne jednak wciąż tylko patrzysz z daleka… Podziwiasz, obawiasz się ich, zazdrościsz innym, nie wierzysz, że Ty też możesz lub już próbowałaś/eś, ale poniosłaś/eś porażkę…  To co dla innych jest proste, dla Ciebie nie jest. Ale czasami to czego kompletnie nie zauważasz w sobie, bo w tak bardzo łatwy sposób Tobie to przychodzi – dla innych bywa szczytem marzeń… Zatem „Moje Dziewięciotysięczniki” to projekt wymagający tak naprawdę indywidualnego podejścia. Dlatego prowadzę sesje coachingowe „jeden na jeden” oparte na potrzebach i celach określonych samodzielnie przez daną osobę. To JUŻ robię. A co jeszcze będę robić w 2016 roku? – Planuję organizować warsztaty w kameralnych grupach stacjonarne oraz wyjściowe i wyjazdowe, w tym również w góry ;-)  Bo przecież nic tak nie podnosi poziomu Pewności Siebie jak prawdziwa interakcja ze światem, z nowymi sytuacjami i z przekraczaniem swoich dotychczasowych granic w realnym działaniu – przy jednoczesnej akceptacji i wsparciu innych ludzi. Będą więc poważne rozmowy, ale i zabawa. Praca nad sobą, ale i przygoda  ;-)

      Dlatego poza lekturą mojego bloga, wszystkich zainteresowanych rozwojem projektu „Moje Dziewięciotysięczniki” oraz udziałem w nim, serdecznie zachęcam do kontaktu mail’owego – gosha.lifecoach@gmail.com, jak również zapraszam na facebook, gdzie znajdziecie mnie jako „Małgorzata Werner (Coaching Racjonalny)”. Wówczas informacje o rozwoju projektu oraz o wszystkich moich propozycjach będą do Was docierać bezpośrednio i na bieżąco.

* Wysokie obcasy są tutaj symbolem. Nie każda kobieta, która ich nie nosi, oznacza kobietę niepewną siebie. I na odwrót – nie każda kobieta chodząca na co dzień w tak wysokich obcasach jest tą autentycznie pewną siebie… 

„Jesteś Gwiazdą” nabiera nowego znaczenia ;)

      Zdjęcie zrobione przez Planetarium Niebo Kopernika podczas sierpniowej nocy spadających gwiazd oraz stwierdzenie znajomej na facebook’u – „wszyscy w końcu jesteśmy zbiorem gwiazd” – przypomniało mi niezwykłą ciekawostkę, na jaką natknęłam się dawno temu, jeszcze podczas studiów. Dostałam wtedy od wujka książkę Jamesa Trefila, profesora fizyki w George Mason University „1001 spotkań z nauką”. Nie żebym była potencjalnym naukowcem, ale zawsze interesowały mnie jakieś ciekawe, unikatowe informacje. :) Książkę znalazłam, fragment z tą ciekawostką również i… dzielę się nią z Wami:

- „Prawie wszystkie ciężkie pierwiastki w twoim ciele (…) powstały w gwiazdach supernowych i znalazły się w przestrzeni międzygwiazdowej po wybuchu tych gwiazd. Tam musiały czekać aż do chwili, gdy zostały użyte do utworzenia nowych gwiazd i planet. 4,6 miliarda lat temu z takiego wzbogaconego gazu powstało Słońce i Ziemia. Wapń w twoich kościach, żelazo we krwi, węgiel w tkankach powstały gdzieś wewnątrz gwiazd, najprawdopodobniej w supernowych.

      Co Wy na to? Jak dla mnie stwierdzenia: „Jesteś Gwiazdą” oraz „Jesteś Dzieckiem Wszechświata” nabierają nowego znaczenia. Dosłownego ;)

zdj. zrobione przez Planetarium Niebo Kopernika

Marzenia się nie spełniają – marzenia się realizuje…

      Pozostając w temacie gwiazd – w nocy z 12 na 13 sierpnia mieliśmy noc Perseidów. Takie wydarzenie to doskonały pretekst do spotkania na piwko ze znajomymi, np. nad Wisłą ;)

- „Ciii, skoncentrujmy się. Ja tu przyszłam poukładać sobie życie!”

Zadzierając głowy do góry i wypatrując „spadających gwiazd”, kilka nawet zobaczyliśmy :) Ale nie udało się nam w tym samym momencie pomyśleć o swoich marzeniach… Czy w ogóle to jest możliwe? Dokładnie w momencie zobaczenia spadającej gwiazdy, pomyśleć życzenie? Czy komuś z Was się to udało? Sama złapałam się na tym, że lubię wpatrywać się w wybraną na niebie gwiazdę. Wiadomo, że taka nie spadnie ;) Dopiero spontanicznie ogarniając wzrokiem niebo, zerkając nań niby od niechcenia, nagle zobaczyłam :) Była piękna! Ale marzenia w głowie w tym krótkim momencie nie miałam. Dlaczego to jest tak trudne lub nawet niemożliwe? Wg mojej znajomej „dlatego, że myślimy o życzeniach pełnymi zdaniami. Nie ma chyba takiego zdania, którego wypowiedzenie zajęłoby nam krócej niż ułamek sekundy, czyli tyle ile widzimy meteor.” No dobrze, a będąc w mistrzowskim stanie uważności? – „Chyba niestety i tak by nie dało rady. Tzn musiałabyś wiedzieć, że w tym konkretnym miejscu pojawi się gwiazda, ale kiedy dochodzi element zaskoczenia – to mózg najpierw musi odwrócić wzrok, głowę, być zaskoczonym, ucieszyć się, a potem pomyśleć. Ciężko w ułamek sekundy.” Hmm, to prawda. Ale ja i tak chcę wierzyć, że moje marzenia się spełnią! Tupię nóżką jak mała dziewczynka :)

      Niestety lub stety, będąc osobą bardzo wrażliwą, jestem równocześnie osobą bardzo racjonalną. Uważam, że często otrzymujemy od Wszechświata prezenty, ale często też ich nie zauważamy lub nie chcemy zauważać. Bo tak naprawdę to jest niewygodne, często nieznane/-nowe, czegoś od nas wymagające… Realizacja marzeń wymaga pracy i otwartości, gotowości na zmianę. Jest aktywnym działaniem. To wychodzenie ze swojej dotychczasowej strefy komfortu, czegoś co doskonale znamy i jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Nie da się siedząc i myśląc zrealizować swoich marzeń, bo te na pewno znajdują się poza naszą strefą komfortu. Gdyby tak nie było, nie mówilibyśmy o marzeniach. Mielibyśmy je na wyciągnięcie ręki, tak jak mamy pilota od TV. Jest bardzo fajnie użyć tego pilota i oglądać sobie na ekranie „nasze marzenia”. Tylko, że wówczas one pozostają nadal projekcją… No więc o czym marzysz? Projektujesz czy realizujesz? Co w ciągu ostatnich 7 dni zrobiłaś/-zrobiłeś, aby zrealizować swoje wybrane marzenie? :)

*** Jeśli Twoja odpowiedź brzmi: – „projektuję”, a to poruszyło Ciebie i chciałabyś/-chciałbyś zamienić „projektuję” na „realizuję”, ale nie wiesz jak, brakuje Ci motywacji, odwagi , determinacji lub wiary w powodzenie… Jeśli już próbowałeś/-próbowałaś realizacji, ale nie wyszło… – ZAPRASZAM na coaching do mnie ;) Pierwsza sesja gratis, kolejne w bardzo atrakcyjnej cenie –> jeśli zdecydujesz się w sierpniu. Ponadto pierwsza sesja jest niezobowiązująca do kontynuacji. Chodzi o sprawdzenie czy taka forma pracy ze mną odpowiada Tobie ;) Prowadzę sesje w tzw. realu (Warszawa i okolice), telefonicznie lub przez skype (niezależnie od Twojej lokalizacji). Osoby zainteresowane proszę o kontakt – gosha.lifecoach@gmail.com !!! Zrób ten pierwszy krok i napisz do mnie !!! Zrób to, a nie tylko próbuj ;)

Ale W GWIAZDY I TAK PATRZMY! SĄ PIĘKNYM, NIEZWYKŁYM ZJAWISKIEM! :) 

Lubisz swoją Dorosłość?

      Life Coaching jest jak „Mały Książę” :) Przypomina Dorosłym o tym co Ważne. Tak łatwo o Tym zapomnieć… Są obowiązki, zobowiązania, ambicje, trzeba zarabiać. Trzeba dostosowywać się do mnóstwa przepisów, procedur i zasad – społecznych, kulturowych, prawnych, korporacji, dla której się pracuje itp. Życie Dorosłe to nie przelewki. To bardzo poważna sprawa! Nie ma czasu na patrzenie w gwiazdy i na zachody słońca. Czas dla Przyjaciela można co najwyżej wcisnąć w swoim dokładnie zaplanowanym grafiku, nie dłużej niż na pół godziny i nie wcześniej jak za pół roku. Ma się przecież tak dużo do zrobienia, aby być Kimś! Aby robić karierę, dobrze wychowywać swoje „korpo dzieci”, mieć różne rzeczy świadczące o określonym statusie, wzbudzać szacunek innych i generalnie nie odbiegać od normy. Jeśli nie można być lepszym, to przynajmniej nie można być gorszym, innym lub dziwnym. W życiu dorosłym jest tego wszystkiego tak dużo, a czasoprzestrzeni tak mało, że to co najważniejsze, często po prostu znika z oczu. Po prostu zarasta, tak jak nierozpoznane w porę i niewyrwane jak chwasty baobaby rosną, i zarastają Planetę Małego Księcia…

      Nie twierdzę, że praca, pieniądze, cele, status społeczny i planowanie swojego codziennego, tygodniowego czy miesięcznego życia są złe. Sama tak żyję! Sorry, taki mamy klimat… Ale tracąc z oczu to, co najważniejsze, łatwo się w tym Dorosłym Życiu zatracić. I szczerze współczuję nam wszystkim Dorosłym. Myślę jednak, że gdyby Dorośli nie zapominali tego, co wiedzieli w Dzieciństwie, nie powstałby taki zawód jak Coach :-) No więc o czym takim Ważnym zapomniałeś mój Czytelniku, moja Czytelniczko? Jak wygląda Twoja Planeta? Jaka jest Twoja Dorosłość?

*** do napisania tego tekstu zainspirował mnie film „Mały Książę” reż. M. Osborne, książka Antoine’a de Saint-Exupéry’ego pod tym samym tytułem oraz moje własne życie; kolorowanka ściągnięta z internetu, mojego wykonania kredkami akwarelowymi – przypominam sobie zaniedbany talent z dzieciństwa… :)

Comeback ;)

      Witam wszystkich na moim odświeżonym, starym, ale niezapomnianym blogu! Po tych paru już latach wracam :) Wielkie plany i ambitne projekty nadal mi chodzą po głowie - to się nie zmieniło :) Niektóre, te z dawnych czasów, zrealizowałam. Inne nowe, naturalną koleją rzeczy, po prostu się pojawiły ;) Wiele się wydarzyło w ciągu tych ponad 3 lat. To, co na mnie miało największy wpływ, co spowodowało dość istotne zmiany, myślę, że na lepsze, popychające mnie do przodu, to: wyprawa na Ararat (mój pierwszy 5-tysięcznik – ze Stowarzyszeniem Kilimandżaro), wygranie z poważnym problemem zdrowotnym, śmierć mojego Taty oraz zrobienie dyplomu life coacha. Niestety o większości z moich doświadczeń pisać publicznie nie umiałam. Zabrakło mi odwagi, ale również przekonania. Zawsze chciałam się dzielić z ludźmi pozytywami, motywować ich, inspirować. Okazało się jednak w pewnym momencie, że nie umiem. Wydawało mi się, że nie mam nic ciekawego do zaoferowania. Nawet o wyprawie nie wiedziałam jak napisać. Mój subiektywny jej odbiór był niemal całkowicie inny niż całej reszty uczestniczek. Wyprawa była medialna. Czułam więc bardzo dużą odpowiedzialność. Dziś nie miałabym problemu z moją indywidualną relacją. Ale wówczas wydawało mi się, że mogłabym zaburzyć, zepsuć jakiś wizerunek marketingowy Stowarzyszenia.

      No więc wracam! :) Zmieniłam nazwę domeny z maggiemae.blog.pl na moje-dziewieciotysieczniki.blog.pl Mimo, że moja profesjonalna, coachingowa strona już powoli powstaje, postanowiłam prowadzić również tego bloga. Tutaj bardziej jako osoba prywatna. Jako pasjonatka gór i rozwoju osobistego. Jako zwykła kobieta, która jednak powoli realizuje wszystko to, w co wierzy i o czym marzy. Pomimo czasami dużych trudności i przeszkód. Poza tym chcę zarażać ciekawością świata, drugiego człowieka, a także ciekawością siebie samej/-samego ;) Chcę być coachem takich samych ludzi jak ja. Niekoniecznie „gwiazd”, wysoko postawionych bogaczy itp. Każdy człowiek może odnosić sukcesy i być szczęśliwym w taki sposób, jakiego w głębi serca pragnie. Każdy ma w sobie potencjał do zmian i do działania. W dodatku w dzisiejszych czasach jest mnóstwo metod pomagających w tym wszystkim. Wystarczy sięgnąć. Ale najpierw wystarczy uwierzyć, że „ja też mogę” – nawet jeśli jestem po 30-tce lub 40-tce. Dlatego zapraszam również do moich archiwalnych wpisów. Niektóre są mądre, ale niektóre pokazują, że teraz jestem już w innym miejscu niż niegdyś, że byłam też w tych samych miejscach w życiu, co być może Ty Jesteś teraz. Pozdrawiam bardzo serdecznie i do następnego przeczytania! :)

„Motywacja kobiet w sporcie ekstremalnym” – prelekcja Aleksandry Taistra

Ciekawe czy mróz (-12 °C w Warszawie) nie wypłoszy naszych gości? Dziś w Mokotowskim Centrum Integracji Mieszkańców (nowej siedzibie Stowarzyszenia) odbędzie się bowiem prelekcja „Motywacja kobiet w sporcie ekstremalnym”, którą poprowadzi Aleksandra Taistra! ;) 

DLA NIEWTAJEMNICZONYCH - Ola jest jedną z najbardziej utalentowanych kobiet w polskim środowisku wspinaczkowym. Wspina się od 1998 r. Ma na swoim koncie wiele dróg w przedziale VI.5 – VI.7 RP w Polsce, a za granicą drogi w przedziale trudności 8b – 8c RP oraz wiele dróg o trudności 7c+ w stylu OS. Ola to pierwsza i jak dotąd jedyna Polka, która pokonała drogę o trudności VI.7 RP. Słynne przejście drogi Power Play w 2004 r. stanowiło jedno z najtrudniejszych kobiecych prowadzeń – jako trzecia kobieta na świecie pokonała takie trudności wspinaczkowe. W roku 2005 powtórzyła swój sukces na drodze o nazwie „Nie Dla Psa Kiełasa” VI.7 RP. Natomiast dwa lata później ta katowiczanka poprowadziła we włoskim rejonie Ferentillo drogę 8c i tym samym stała się pierwszą Polką pokonującą takie trudności poza granicami kraju. Obecnie realizuje swoje cele głównie w Hiszpanii, gdzie walczy o życiowe wyniki takie jak drogi 8c+ (jedynie kilka kobiet na świecie pokonało drogę o takich trudnościach). Ola odnosiła również sukcesy w zawodach bulderowych – zdobyła Puchar Polski Juniorów w latach 1999-2001. Była również finalistką zawodów Pucharu Polski Seniorów i zajęła I miejsce w kilku edycjach zawodów w latach 1999-2001. Dzięki wsparciu: Soya Stream, Salewa, Olimp, Sztuka Żywienia, Action Club, Listwan-sport Ola koncentruje się wyłącznie na wspinaniu w skałach.

Ola pokaże nam unikatowe slajdy oraz opowie o swojej pasji i barierach do pokonania dla kobiety w tym sporcie. Tym samym mnie osobiście oraz mam nadzieję, że i całe Stowarzyszenie Kilimandżaro, zagrzeje do walki o realizację nowego projektu – wyprawy na najwyższą górę Turcji Ararat (wrzesień 2012). Fluidami pasji i motywacji można się przecież zarazić!